Wielu dorosłych mówi dziś: „miałem dobre dzieciństwo”. Było ciepło, były prezenty, opieka, bezpieczeństwo. Czasem nawet słyszą: byłeś rozpieszczony, niczego ci nie brakowało.
A jednak gdzieś głęboko pozostaje uczucie, że czegoś istotnego zabrakło.
Nie przemocy.
Nie biedy.
Nie dramatu.
Zabrakło języka emocji.
„Nie rób tak”, „nie mów”, „nie patrz”
W dzieciństwie wielu z nas słyszało komunikaty, które dziś brzmią niewinnie, a wtedy kształtowały cały wewnętrzny świat:
– nie garb się
– nie śmiej się tak głośno
– nie patrz się w ten sposób
– stój prosto
– nie mów tyle
– jedz grzecznie
– ubierz się ładnie
– nie mów brzydko
– nie mów, bo sąsiedzi słyszą
– przesadzasz
– inni jakoś sobie radzą
Żaden z tych komunikatów nie miał na celu skrzywdzenia dziecka. Często wynikały z troski, wstydu, norm społecznych albo zmęczenia dorosłych.
Problem polega na tym, jak dziecko je interpretuje.
Czego uczy się dziecko między słowami
Dziecko nie słyszy: „chcemy cię wychować”.
Dziecko słyszy: „taki, jaki jesteś, jest niewygodny”.
Z czasem pojawiają się wewnętrzne wnioski:
– moje emocje są za duże,
– moje reakcje są nie na miejscu,
– lepiej się kontrolować,
– lepiej nie przeszkadzać,
– lepiej się dostosować.
I tak zaczyna się nauka chowania emocji. Nie dlatego, że dziecko nie chce ich czuć.
Dlatego, że chce być akceptowane.
Gdy emocje nie znikają, tylko chowają się głębiej
Emocje, których nie wolno wyrażać, nie znikają. One zostają w ciele, w napięciu, w nadmiernym analizowaniu, w poczuciu winy.
Dorosły człowiek później:
– nie wie, co właściwie czuje,
– przeprasza za swoje emocje,
– ma trudność z nazwaniem potrzeb,
– słyszy w głowie głosy z przeszłości: „przesadzasz”, „z tobą jest problem”.
I bardzo często myśli, że to jego wada charakteru.
A to jest wyuczony mechanizm przetrwania.
„Inni jakoś sobie radzą”
To jedno z najbardziej raniących zdań, jakie dziecko może usłyszeć.
Bo ono nie uczy radzenia sobie — ono uczy porównywania się i wstydu.
Dziecko zaczyna wierzyć, że skoro inni „dają radę”, to jego emocje są dowodem słabości. A przecież każdy układ nerwowy jest inny. Każda wrażliwość ma inną intensywność.
Wysoka wrażliwość nie jest problemem.
Problemem jest brak przestrzeni, by ją zrozumieć.
Dorosłość jako szansa na nowe uczenie się
Dobra wiadomość jest taka, że to, czego nie nauczono w dzieciństwie, można — powoli — nauczyć się w dorosłości.
Nie przez zmuszanie się do „ogarnięcia”.
Nie przez kolejną samokrytykę.
Ale przez zrozumienie i współczucie wobec siebie.
To zaczyna się od prostych rzeczy:
– zauważenia emocji, zanim zostaną ocenione,
– nazwania ich bez poprawiania się,
– dania sobie zgody na to, że to, co czuję, ma sens.
Uczenie się łagodności wobec siebie
Osoba, która w dzieciństwie musiała się kontrolować, w dorosłości często jest dla siebie bardzo surowa. Dlatego jednym z najważniejszych kroków jest zmiana wewnętrznego tonu.
Zamiast: „znowu przesadzam”
pojawić się może: „to jest dla mnie trudne”.
Zamiast: „coś jest ze mną nie tak”
— „to stary schemat, który kiedyś mnie chronił”.
To nie jest cofanie się.
To jest dojrzewanie emocjonalne.
Na końcu nie chodzi o winę
Ten temat nie jest o oskarżaniu rodziców ani bliskich. Oni często robili najlepiej, jak potrafili, z własnymi ograniczeniami i historią.
To temat o zauważeniu, że:
dziecko nauczyło się chować emocje,
a dorosły może nauczyć się je bezpiecznie wydobywać.
Powoli.
Nieidealnie.
W swoim tempie.
I być może pierwszy raz w życiu powiedzieć sobie:
„To, co czuję, nie jest przesadą. To informacja.”
A jeśli to nie Twoje emocje są problemem, tylko to, że nikt nie nauczył Cię, co z nimi zrobić ?
Jeśli któreś z tych pytań zostało z Tobą na dłużej — ten tekst jest właśnie dla Ciebie.
Jeśli ten temat jest Ci bliski, warto sięgnąć po książkę Dorosłe dzieci emocjonalnie niedojrzałych rodziców — wielu czytelników mówi, że była dla nich pierwszym momentem prawdziwego zrozumienia siebie.

