Dlaczego „po prostu się nie przejmuj” nigdy nie działa ?

Dlaczego „Po Prostu Się Nie Przejmuj” Nigdy Nie Działa ?

Gdybym miał policzyć, ile razy w życiu to usłyszałem, pewnie zabrakłoby mi palców.
„Nie przejmuj się.”
„Przestań się użalać.”
„Weź się w garść.”
„Zajmij się czymś, to Ci przejdzie.”

I za każdym razem działo się dokładnie to samo.
Nie robiło mi się lżej.
Nie uspokajałem się.
Nie „odpuszczałem”.

Wręcz przeciwnie — te słowa działały na mnie jak płachta na byka.
Im bardziej ktoś mówił mi, żebym się nie przejmował, tym mocniej w środku czułem napięcie. Jakby coś mnie blokowało. Wyłączało. Paraliżowało. Bo zamiast ulgi pojawiało się jedno pytanie:
„Czyli znowu robię coś źle?”

Nie znoszę tego zdania. Nie dlatego, że nie chcę go przyjąć.
Tylko dlatego, że ono u mnie nie działa.

Wszystko musi przejść przeze mnie

U mnie nic nie „spływa jak po kaczce”.
To nie jest mój świat. Nie mój sposób istnienia.

Wszystko, co słyszę, widzę, co się wydarza — musi przejść przeze mnie w całości.
Może to złe określenie, ale inne nie przychodzi mi do głowy.
Słowa. Emocje. Napięcia. Cisza. Niedopowiedzenia.
One nie zatrzymują się na powierzchni.

I nie jest tak, że ja chcę się przejmować.
To się po prostu dzieje.

Dlatego kiedy ktoś mówi: „nie przejmuj się”, ja słyszę coś zupełnie innego:
– czujesz za dużo
– reagujesz nie tak
– powinieneś być inny

I wtedy coś we mnie się zamyka.

Przez lata myślałem, że to moja wina

Przez bardzo długi czas naprawdę wierzyłem, że problem jest we mnie.
Skoro inni potrafią się zdystansować, to może ja po prostu przesadzam?
Może dramatyzuję?
Może jestem słaby?
Może wszyscy mają rację, tylko ja nie?

Robiłem więc dokładnie to, co mi mówili.

Brałem się do roboty.
Zajmowałem się czymś.
Działałem.
Ignorowałem emocje.
Nie płakałem.
Nie narzekałem.
Nie mówiłem, że boli.

Bo przecież „tak trzeba”.

I przez chwilę nawet działało.
Ale tylko przez chwilę.

Potem wszystko wracało.
Lękiem.
Napięciem w ciele.
Zmęczeniem, którego nie dało się wyspać.
Poczuciem winy bez konkretnego powodu.

Moment, który zmienił perspektywę

Dopiero kiedy usłyszałem, że jestem osobą wysoko wrażliwą — bardzo wysoko, z ogromnie silnie rozwiniętym poczuciem lęku, strachu i winy — coś w końcu się poukładało.

Nie ulga od razu.
Bardziej ciche: „To dlatego.”

To nie było usprawiedliwienie.
To było wyjaśnienie.

Zrozumiałem, że to nie jest moja wina, że czuję bardziej.
Że tak działa moja psychika.
Mój układ nerwowy.
Mój sposób przetwarzania świata.

I że całe życie próbowałem funkcjonować tak, jakby tego nie było.

Terapia nauczyła mnie czegoś ważniejszego niż „radzenia sobie”

Nie nauczyła mnie, jak przestać czuć.
Nauczyła mnie, że nie muszę przestawać.

Że wrażliwość nie jest czymś, co trzeba zagłuszyć działaniem.
Że „weź się w garść” nie leczy lęku.
Że emocje nie są decyzją — są reakcją.

I że osoba wysoko wrażliwa nie potrzebuje więcej dyscypliny.
Potrzebuje bezpieczeństwa, empatii i współczucia.
Także — a może przede wszystkim — wobec samej siebie.

Człowiek uczy się całe życie okazywać empatię innym.
A potem okazuje się, że najtrudniej jest okazać ją sobie.

Dlaczego „nie przejmuj się” nigdy nie zadziała

Bo to zdanie zakłada, że emocje są wyborem.
A u osób wysoko wrażliwych są procesem.

Nie da się ich wyłączyć.
Nie da się ich przyspieszyć.
Nie da się ich przeskoczyć.

Można tylko:
– nauczyć się je rozumieć
– dać im czas
– przestać z nimi walczyć

I paradoksalnie — dopiero wtedy naprawdę zaczynają słabnąć.

Dziś już wiem

Nie przesadzałem.
Nie wymyślałem.
Nie byłem „za bardzo”.

Byłem wysoko wrażliwy w świecie, który nie uczy, jak żyć z wrażliwością.

I jeśli całe życie słyszałeś, że masz się wziąć w garść, przestać czuć, ogarnąć się —
to być może nie potrzebujesz kolejnej rady.

Być może potrzebujesz dokładnie tego, czego nikt wcześniej nie dał:
Zrozumienia. Zgody. I łagodności wobec siebie.

Nie po to, żeby się zmieniać.
Ale po to, żeby wreszcie przestać się sobą męczyć

Podobne wpisy