Czy naprawdę wszystkiemu winni są rodzice? O psychologii, wdzięczności i odpowiedzialności za własne życie

Czy naprawdę wszystkiemu winni są rodzice? O psychologii, wdzięczności i odpowiedzialności za własne życie

Od jakiegoś czasu coraz częściej wraca jeden komentarz. Że dziś wszystko zrzuca się na rodziców. Że każde trudniejsze doświadczenie tłumaczy się dzieciństwem. Że psychologia weszła za głęboko i zamiast pomagać, stała się wygodnym usprawiedliwieniem własnych błędów.

Rozumiem, skąd bierze się takie myślenie.

Naprawdę łatwo odnieść wrażenie, że współczesny człowiek czasem szuka wyjaśnienia dla wszystkiego. Jedni widzą w tym rozwój świadomości. Inni przesadę. I właśnie dlatego warto zatrzymać się przy tym temacie spokojniej, bez łatwych ocen i bez pójścia w którąkolwiek skrajność.

Bo nie, nie uważam, że wszystkiemu winni są rodzice. Ale nie uważam też, że to, co wynosimy z domu, nie ma znaczenia.

Rodzice nie są tylko źródłem ran. Bardzo często są też źródłem dobra, oparcia i miłości

To dla mnie ważne, żeby powiedzieć to od razu.

Można mówić o wpływie dzieciństwa i jednocześnie mieć ogromny szacunek do swoich rodziców. Można widzieć, że pewne rzeczy w nas zostały ukształtowane trudno, a jednocześnie nie przekreślać dobra, które od nich dostaliśmy. Można pamiętać ich wysiłek, troskę, obecność i to, że stali za nami wtedy, kiedy inni odchodzili.

Dla wielu ludzi rodzice są właśnie takimi osobami. Nieidealnymi, czasem trudnymi, czasem omylnymi, ale wiernymi. Takimi, które powiedzą człowiekowi prawdę, czasem go zranią swoim tonem, ale ostatecznie i tak będą przy nim wtedy, kiedy naprawdę będzie ciężko.

I myślę, że to trzeba umieć uszanować.

Dzisiejsza rozmowa o psychologii bardzo łatwo gubi wdzięczność. Łatwo mówi o błędach, schematach, zaniedbaniach, trudnościach. A przecież obok tego wszystkiego naprawdę istnieje też dobro. Często ogromne. Ciche. Niedoskonałe, ale prawdziwe.

I uczciwy człowiek powinien umieć widzieć jedno i drugie.

Psychologia nie jest po to, żeby oskarżać rodziców

To też warto porządnie rozdzielić.

Psychologia w swojej najlepszej wersji nie służy do tego, żeby znaleźć winnego. Nie jest po to, żeby całe życie tłumaczyć sobą cudze błędy albo swoje własne. Nie jest też po to, żeby człowiek dostał wygodny argument: taki jestem, bo rodzice.

Psychologia ma sens wtedy, kiedy pomaga coś zrozumieć. Nazwać. Zobaczyć źródło. Połączyć fakty. Ale samo zrozumienie to dopiero początek, nie koniec drogi.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś zatrzymuje się wyłącznie na etapie wyjaśnienia. Kiedy cała energia idzie w analizę, ale nie idzie już w odpowiedzialność. Kiedy człowiek świetnie umie powiedzieć, skąd coś się w nim wzięło, ale nie robi nic, żeby naprawdę z tym pracować.

I tutaj krytycy dzisiejszej psychologizacji mają trochę racji. Bo rzeczywiście czasem można używać języka terapii i rozwoju po to, żeby lepiej się opisać, ale nie po to, żeby się zmieniać.

To, co wynosimy z domu, ma wpływ. Ale nie może stać się dożywotnim alibi

Nie da się uczciwie powiedzieć, że dzieciństwo nie ma znaczenia. Ma ogromne.

To, jak ktoś był traktowany, słuchany, zawstydzany albo wspierany, wpływa na jego późniejsze relacje, poczucie własnej wartości, sposób reagowania na stres, granice, lęk, złość, bliskość. To wszystko jest prawdą i nie ma sensu tego wyśmiewać.

Ale równie prawdziwe jest coś innego.

W pewnym momencie dorosły człowiek staje wobec pytania: co teraz z tym zrobię?

Nie: kto jest winny.
Nie: kto powinien był zrobić więcej.
Nie: dlaczego było tak, a nie inaczej.

Tylko: co ja dziś zrobię z tym życiem, które mam?

To jest trudne pytanie, bo odbiera wygodę samej analizy. Przesuwa człowieka z miejsca opowieści o przeszłości do miejsca decyzji. A decyzje kosztują więcej niż diagnozy.

Samo wysłanie kogoś na terapię nic nie zmieni, jeśli on sam nie będzie chciał

To jest bardzo ważne i bardzo prawdziwe.

Dzisiaj naprawdę używamy wielu narzędzi. Mówimy o terapii, o warsztatach, o rozwoju, o schematach, o pracy nad sobą. Polecamy książki. Odsyłamy ludzi do specjalistów. Szukamy metod. I to samo w sobie nie jest złe. To dobrze, że mamy większą świadomość i więcej możliwości niż kiedyś.

Ale jest jedna rzecz, o której łatwo zapomnieć.

Żadne narzędzie nie zadziała, jeśli człowiek sam nie będzie chciał zmiany.

Można przeczytać sto książek. Można być na dziesięciu terapiach. Można znać wszystkie pojęcia i mechanizmy. A jednak dalej tkwić w tym samym miejscu, jeśli w środku nie ma prawdziwej zgody na pracę, odpowiedzialność i konfrontację ze sobą.

Zmiana nie dzieje się dlatego, że ktoś nas dobrze opisze. Zmiana zaczyna się wtedy, kiedy człowiek sam przestaje uciekać od prawdy o sobie.

I to bywa najtrudniejsze.

Człowiek uczy się całe życie

Bardzo bliskie jest mi to, że człowiek całe życie się uczy. Bo właśnie tak jest.

Nie ma rodziców idealnych. Nie ma dzieci, które przejdą przez życie bez ran. Nie ma dorosłych, którzy nagle osiągają stan pełnego uporządkowania i już nigdy niczego nie muszą w sobie zobaczyć.

Wszyscy się uczymy. Rodzice też się uczą. Czasem już po fakcie. Czasem za późno. Czasem nigdy nie nazwą pewnych rzeczy właściwie. Ale to nie zmienia faktu, że również oni byli i są ludźmi, a nie projektem doskonałym.

To nie jest usprawiedliwienie krzywdy. To jest uznanie rzeczywistości. Ludzie ranią siebie także wtedy, kiedy chcą dobrze. Ludzie dają miłość w sposób niedoskonały. Ludzie przekazują dalej to, czego sami nie przepracowali. I właśnie dlatego życie rodzinne tak rzadko jest czarno – białe.

Dojrzałość chyba zaczyna się tam, gdzie człowiek umie to zobaczyć bez infantylnego oskarżania i bez naiwnego wybielania.

Wdzięczność i świadomość mogą iść razem

To jest chyba najważniejsze zdanie w całym tym temacie.

Naprawdę nie trzeba wybierać między wdzięcznością a świadomością.

Można być wdzięcznym rodzicom za wszystko, co dali. Za obecność. Za wysiłek. Za lojalność. Za to, że stali obok, kiedy życie się sypało. A jednocześnie można widzieć, że pewne rzeczy w nas zostały trudne. Że pewne sposoby komunikacji, milczenia, oceniania albo reagowania zostawiły ślad.

To nie jest zdrada. To jest uczciwość.

Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy ktoś uważa, że wdzięczność wymaga zaprzeczania prawdzie. A nie wymaga. Prawdziwa wdzięczność nie polega na udawaniu, że wszystko było idealne. Polega na tym, że człowiek umie uznać dobro bez fałszowania całej reszty.

Dzisiaj rzeczywiście za dużo się tłumaczy. Ale czasem wcześniej za mało się rozumiało

Myślę, że obie te rzeczy są prawdziwe.

Tak, czasem współczesny język psychologii bywa nadużywany. Bywa używany jako tarcza, modne słownictwo albo gotowe wyjaśnienie bez realnej pracy. Bywa też zbyt szybko przykładany do wszystkiego.

Ale wcześniej przez bardzo długi czas ludzie z kolei żyli bez języka, który pozwalał cokolwiek nazwać. Bez prawa do emocji. Bez prawa do zrozumienia własnych reakcji. Bez prawa do powiedzenia, że coś ich boli, choć z zewnątrz wyglądało normalnie.

Dlatego nie chciałbym śmiać się z całej psychologii tylko dlatego, że czasem jest używana źle. To byłoby tak samo nierozsądne, jak robienie z niej odpowiedzi na wszystko.

Najuczciwiej jest chyba przyjąć, że psychologia jest narzędziem. Dobrze użyta pomaga. Źle użyta rozmywa odpowiedzialność. Ale sama w sobie nie jest ani winna wszystkiemu, ani zbędna.

W pewnym momencie i tak wracamy do jednego pytania

Nie: kto zawinił najbardziej.
Nie: kto miał rację.
Nie: kto mógł zrobić więcej.

Tylko: czy ja naprawdę chcę coś zmienić?

Bo bez tego nic się nie wydarzy. Można mieć najlepszych terapeutów, najmądrzejsze książki, największą świadomość, najtrafniejszą diagnozę. A jednak stać w miejscu, jeśli w środku nie ma gotowości, by wziąć odpowiedzialność za własne życie takie, jakie jest dziś.

To jest trudne, bo odbiera człowiekowi wygodne schronienie w samym rozumieniu. Ale właśnie tutaj zaczyna się dorosłość. Nie w zaprzeczaniu przeszłości i nie w oskarżaniu jej o wszystko. Tylko w decyzji, że od tego miejsca chcę żyć bardziej świadomie i bardziej po swojemu.

Nie wszystko jest winą rodziców. Ale nie wszystko też jest tylko „przesadą”

To chyba byłaby moja najuczciwsza odpowiedź.

Rodzice mają wpływ. Czasem ogromny.
Psychologia bywa potrzebna. Czasem bardzo.
Wdzięczność ma sens. Ogromny.
Ale odpowiedzialność za zmianę i tak w pewnym momencie przechodzi w nasze ręce.

I może właśnie to jest najbardziej dojrzałe spojrzenie. Nie wojna z rodzicami. Nie ślepe bronienie rodziców. Nie psychologia jako religia. I nie psychologia jako wróg.

Tylko spokojne uznanie, że człowiek jest ukształtowany przez wiele rzeczy, ale ostatecznie i tak musi sam zdecydować, co zrobi z własnym życiem.

To nie zawsze jest łatwe. Ale jest prawdziwe.

Podobne wpisy