Są ludzie, którzy przechodzą przez życie trochę lżej.
Ktoś coś powie — puszczają to dalej.
Ktoś nie odpisze — zajmują się swoim dniem.
Ktoś ma gorszy humor — nie robią z tego od razu własnego ciężaru.
Ktoś się oddali — nie rozpada im się przez to cały środek.
A potem są też tacy ludzie, którzy czują za dużo.
Biorą do siebie słowa.
Biorą do siebie ciszę.
Biorą do siebie zmianę tonu.
Biorą do siebie cudzy chłód, cudzy lęk, cudzy nastrój, cudze napięcie.
Biorą do siebie nawet to, czego nikt nie powiedział wprost, ale co zawisło gdzieś w powietrzu i weszło w nich za głęboko.
I bardzo długo myślałem, że może właśnie taki jestem.
Że może po prostu za bardzo wszystko przeżywam.
Że może naprawdę biorę za dużo do siebie.
Że może znowu przesadzam.
A jednak im bardziej próbuję uczciwie patrzeć na siebie, tym bardziej widzę, że to nie jest tylko „przesadzanie”. To jest sposób przeżywania świata, który przez lata potrafił zabierać mi ogromne ilości energii, spokoju i życia.
Ile razy telefon stawał się moim drugim układem nerwowym
Dobrze pamiętam ten stan.
Telefon obok mnie.
Patrzenie, czy jest odpowiedź.
Sprawdzanie, czy wiadomość została odczytana.
Wracanie do ekranu co chwilę.
Układanie w głowie wszystkich możliwych scenariuszy.
Dlaczego nie odpisał?
Dlaczego odpisała tak krótko?
Dlaczego tak późno?
Dlaczego nic?
Czy zrobiłem coś nie tak?
Czy coś się zmieniło?
Czy powinienem był napisać inaczej?
Czy teraz już wszystko się psuje?
To potrafiło być katorgą.
Nie zwykłym dyskomfortem.
Nie chwilowym przejęciem.
Tylko czymś, co naprawdę niszczyło mnie od środka i zabierało codzienną energię. Potrafiłem przeżyć cały dzień pod napięciem tylko dlatego, że ktoś nie odpisał wtedy, kiedy moje serce chciało poczuć ulgę.
Dziś widzę to wyraźniej: to nigdy nie było tylko o wiadomości.
To było o czymś dużo głębszym.
O głodzie spokoju.
O głodzie potwierdzenia.
O lęku przed odrzuceniem.
O potrzebie bycia ważnym.
O nadziei, że odpowiedź z zewnątrz naprawi to, co w środku już dawno było kruche.
I może właśnie dlatego to tak bolało.
Czasem nie bierzesz do siebie jednej sytuacji. Bierzesz do siebie cały świat.
To jest chyba najtrudniejsze do uniesienia.
Bo kiedy ktoś czuje za dużo, bardzo łatwo zaczyna żyć nie tylko swoimi emocjami. Zaczyna żyć emocjami innych ludzi. Ich humory wchodzą w niego. Ich lęki wchodzą w niego. Ich milczenie wchodzi w niego. Ich napięcie, ich chaos, ich niejasność — wszystko to zaczyna mieszkać w środku, jakby było własne.
A przecież często wcale nie jest.
Ile razy zapominałem o sobie, bo znowu zajmowałem się kimś innym.
Czyimś stanem.
Czyjąś zmianą nastroju.
Czyimś strachem.
Czyjąś nieumiejętnością komunikacji.
Czyjąś ciszą.
Czyjąś emocjonalną niedostępnością.
Ile razy wracało to samo pytanie:
a gdzie w tym wszystkim jestem ja?
Bo przecież można tak żyć latami.
Można stale być przy kimś.
Przy jego problemach.
Przy jego reakcjach.
Przy jego emocjach.
Przy jego potrzebach.
A jednocześnie coraz bardziej oddalać się od siebie.
I może właśnie to boli najbardziej.
Nie tylko to, że ktoś czegoś mi nie dał.
Ale to, że ja sam coraz częściej nie byłem przy sobie, tylko znów przy kimś, kto i tak nie umiałby tego naprawdę przyjąć, oddać albo zrozumieć.
Wszystko bierzesz do siebie, kiedy za długo nie wiesz, gdzie kończysz się Ty, a zaczynają inni.
Dzisiaj coraz częściej myślę, że to właśnie tutaj jest sedno.
Jeśli człowiek od lat nie ma mocnego kontaktu ze sobą, bardzo łatwo zaczyna żyć bardziej tym, co dzieje się wokół niego, niż tym, co naprawdę dzieje się w nim. Bardzo łatwo wtedy pomylić cudze emocje z własną odpowiedzialnością. Bardzo łatwo wziąć na siebie coś, co nigdy nie należało do nas.
I właśnie dlatego tak wiele osób, które czują głęboko, żyje na chronicznym przeciążeniu. Nie tylko swoim bólem. Także bólem, napięciem i niedojrzałością innych.
To strasznie męczy.
Bo człowiek nawet nie wie już, ile z tego, co nosi, naprawdę jest jego.
„Pozwól im” i terapia wracają do mnie nie bez powodu.
W ostatnim czasie bardzo wracam do tej myśli, żeby pozwolić ludziom być sobą.
Pozwolić im nie odpisać.
Pozwolić im nie rozumieć.
Pozwolić im mieć swoje humory.
Pozwolić im zostać na swoim poziomie dojrzałości.
Pozwolić im nie dać mi tego, czego nie potrafią dać.
Nie dlatego, że to nie boli.
Boli.
Ale dlatego, że coraz mocniej widzę, jak bardzo niszczy mnie próba ciągłego wchodzenia w czyjeś wnętrze, ratowania czyjegoś stanu i szukania w cudzych reakcjach odpowiedzi na pytanie, ile jestem wart.
Terapia też wraca do mnie właśnie tam, gdzie jest najtrudniej.
Nie po to, żeby zrobić ze mnie kogoś obojętnego.
Nie po to, żeby przestać czuć.
Tylko po to, żeby nauczyć się jednej z najważniejszych rzeczy:
być przy sobie, nawet kiedy ktoś inny nie daje mi tego, na co moje serce ma ochotę.
I to jest naprawdę trudne.
Bo jeśli przez lata żyło się bardziej reakcjami innych ludzi niż własnym centrum, to powrót do siebie nie jest jednym ruchem. To jest proces. Czasem powolny. Czasem bolesny. Czasem pełen nawrotów.
Ile razy już zapomniałem i znów wszedłem w cudze emocje?
To chyba też trzeba powiedzieć uczciwie.
To nie jest tak, że człowiek coś zrozumie i już nigdy więcej nie wróci do starego mechanizmu. Ja też zapominam. Też wracam. Też znów się wkręcam. Też łapię się na tym, że czyjś humor znowu zaczyna rządzić moim wnętrzem, że czyjaś cisza znowu uruchamia we mnie lęk, że czyjeś zachowanie znowu odbiera mi kawałek spokoju.
I właśnie dlatego ten temat jest tak prawdziwy.
Bo to nie jest historia o idealnym wyjściu z czegoś.
To jest historia o wracaniu do siebie wiele razy.
Raz lepiej.
Raz gorzej.
Raz mądrzej.
Raz znowu po staremu.
Ale może właśnie w tym też jest coś ważnego: że nawet jeśli wracasz do dawnych schematów, to nadal możesz znów zawrócić do siebie.
Jak żyć, kiedy czujesz za dużo i wszystko bierzesz do siebie?
Nie mam jednej magicznej odpowiedzi.
Ale mam kilka prawd, które dziś są mi coraz bliższe.
Po pierwsze: nie wszystko, co czują inni, należy do mnie.
Po drugie: czyjaś cisza nie zawsze jest o mnie.
Po trzecie: brak odpowiedzi nie jest dowodem mojej nieważności.
Po czwarte: nie mogę budować swojego spokoju na tym, czy ktoś da mi akurat to, czego dziś potrzebuję.
Po piąte: jeśli stale jestem bardziej przy innych niż przy sobie, to prędzej czy później zgubię własny środek.
I może właśnie od tego trzeba zacząć.
Nie od wielkiego odcinania się od ludzi.
Nie od udawania twardości.
Nie od kolejnej wojny ze swoją wrażliwością.
Raczej od pytania:
co dziś mogę zrobić, żeby być trochę bardziej przy sobie niż przy cudzym chaosie?
Może od odłożenia telefonu.
Może od nieczytania po raz setny tej samej rozmowy.
Może od niebudowania całej historii z jednej ciszy.
Może od nazwania tego, co naprawdę jest moje.
Może od przypomnienia sobie, że nie muszę stale zasługiwać na czyjąś odpowiedź, uwagę i emocjonalną dostępność.
Wrażliwość nie jest problemem. Problemem jest życie bez granic wobec tego, co w Ciebie wchodzi.
Nie chcę już myśleć o sobie jak o kimś „za bardzo”.
Bo czucie głęboko nie jest czymś złym.
To, że przejmuję się mocno, też nie jest samo w sobie błędem.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy nie mam żadnej ochrony wobec tego, co do mnie wchodzi. Kiedy wszystko staje się moje. Kiedy każdy brak odpowiedzi, każdy chłód, każdy cudzy lęk i każda zmiana nastroju przechodzą przeze mnie jak przez otwarte drzwi.
To wtedy człowiek naprawdę zaczyna słabnąć.
Nie od samej wrażliwości.
Od braku granicy.
W Inspiracjach Umysłu ważne są dla mnie treści, które nie każą człowiekowi przestać czuć.
Bo może nie chodzi o to, żeby czuć mniej.
Może chodzi o to, żeby mniej siebie gubić.
Żeby przestać oddawać swoją energię każdej sytuacji, każdej ciszy, każdej wiadomości i każdemu człowiekowi, który nawet nie wie, ile się w Tobie przez niego uruchamia.
Jeśli ten tekst jest Ci bliski, to może najważniejsze zdanie na dziś brzmi:
nie wszystko, co bierzesz do siebie, naprawdę należy do Ciebie.
A może kolejne brzmi:
zanim znów zajmiesz się czyimś chaosem, zapytaj, gdzie w tym wszystkim jesteś Ty.
Bo może właśnie tam zaczyna się powrót.
Nie do obojętności.
Do siebie.

